Naszą nową serię rozmów o emigracji rozpoczynamy w Porto, gdzie polskie graficzki – Marta Bełkot i Kasia Harciarek – współtworzą kolektyw artystyczny Squid Ink Works: wyjątkowe miejsce łączące galerię, pracownię graficzną i sklep. Rozmawiamy o drodze zawodowej, artystycznej codzienności i tworzenia własnego miejsca na mapie Portugalii.
Zuzanna Majer: Chciałabym zacząć od takiego trochę może nudnego pytania, które na emigracji słyszymy codziennie, ale nikt tak naprawde nie słucha odpowiedzi – czyli skąd się wzięło Porto, dlaczego ktoś z bardzo daleka – w końcu Polskę i Portugalię dzieli ponad 3000 km – zdecydował się na przyjazd akurat do Porto? Co było tym łącznikiem i dlaczego zdecydowałyście się zostać?
Marta Bełkot: To może ja zacznę: naszym wielkim marzeniem było od zawsze wyjechać na Erasmusa. Studiowałyśmy razem grafikę warsztatową w Katowicach i próbowałyśmy wyjechać na wymianę studencką chyba przez trzy lata, albo cztery nawet. Naszym ustalonym celem była Hiszpania, bo Kasia mówiła po hiszpańsku. Składałyśmy papiery i za pierwszym razem Kasia się dostała, ja nie, później nie było dotacji, w kolejnym roku dostałyśmy się, ale z czymś innym był znowu problem…
Kasia Harciarek: Zawsze coś! (śmiech).
MB: Dokładnie. Na ostatnim roku byłyśmy już tak zrezygnowane, że myślałyśmy, że nie ma sensu składać dokumentów, zwłaszcza, że pod koniec magisterki raczej ciężko wyjechać. Ale udało się. Napisałyśmy list motywacyjny od serca, pokropiony perfumami, odprawiłyśmy nad nim czary i taksówką dojechałyśmy na 17.00 do dziekanatu, który zamykał się o 17.00… A pani z dziekanatu mówi: „Dziewczyny, ja wiedziałam, że wy i tak przyjedziecie złożyć papiery, więc na was czekałam”.
Ponieważ to był ostatni raz, mówię do Kasi: Kasia, ty nie wybierasz, to będzie Portugalia, to musi być Portugalia, Portugalia i koniec. Bo ja zawsze czułam, już od liceum plastycznego, że chciałabym wyjechać do Portugalii, tylko jakoś nie mogłam tego pomysłu przebić. Właśnie w liceum (a obie chodzilyśmy do Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Katowicach – tylko do innych klas bo Kasia jest o rok młodsza) mieliśmy kiedyś zaproszoną studentkę, która opowiadała o tym, jak wyjechała na Erasmusa do Portugalii i jakie to było wspaniałe przeżycie. I to mnie bardzo zainspirowało.
No i udało się, wyjechałyśmy do Portugalii i byłyśmy tu w 2014 na pierwszym semestrze grafiki i rysunku w Faculdade de Belas-Artes Universidade do Porto.

KH: Potem, już w Polsce obroniłyśmy dyplomy i w 2016 wróciłyśmy do Porto. Ja dostałam się na letni staż w pracowni Grafiki Warsztatowej, u pani profesor Gracieli Machado.
MB: Kasia miała też dodatkową motywację do powrotu, bo na erasmusie poznała już swojego chłopaka Pedra. (śmiech).
Jak wyglądało wasze doświadczenie z językiem portugalskim na początku? Jak się go uczyłyście i kiedy poczułyście się trochę bardziej częścią tego kraju poprzez język, który jednak jest tym bezpośrednim łącznikiem z rzeczywistością. Jak to u was wyglądało? Portugalski nie jest super łatwy, ale ty Kasia znałaś już hiszpański, tak?
KH: Tak, znałam hiszpański, ale z portugalskim było bardzo trudno na początku tak szczerze mówiąc. Myślałam, że nigdy się go nie nauczę. Kiedy zaczęłam pracować w restauracji jako kelnerka to nic prawie nie umiałam po portugalsku, tylko takie podstawowe słówka.
Na początku zupełnie nic nie rozumiałam, ale z perspektywy czasu myślę, że miało to swój urok. Nieznajomość języka sprawiała, że wszystko wokół otaczała aura tajemnicy. Obserwując jedynie twarze, mimikę i gestykulację rozmawiających ludzi, wyobrażałam sobie, o czym mogą dyskutować. W mojej głowie ich rozmowy zawsze wydawały się niezwykle mądre i fascynujące (śmiech). Bardzo chciałam nauczyć się tego języka, żeby w końcu wszystko rozumieć, jednak rzeczywistość po jego opanowaniu okazała się momentami dość rozczarowująca (śmiech).
MB: Ja miałam trochę podobnie. Na samym początku, załatwiłam sobie ten sam staż co Kasia, w pracowni Grafiki Warsztatowej na uniwersytecie, pod okiem pani profesor Gracieli Machado, asystując na zajęciach ze studentami. I to było bardzo stresujące, bo wszyscy cały czas mówili do mnie po portugalsku.
Pierwszy rok był bardzo trudny dla mnie, bardzo intensywny. W Portugalii pracuje się 9 godzin, w tym 1 godzina jest niepłatna. W restauracjach jest często tak zwane horário repartido czyli zmiana dzielona, gdzie przerwa trwa około 4 godzin, ale potem pracujesz do późna. Także spędza się całe życie w pracy…
Po ukończeniu stażu szukałam pracy w restauracjach i barach, i miałam bardzo złe doświadczenia w niektórych miejscach właśnie ze względu na słabą znajomość języka.
W pewnym momencie zaczęłam jednak pracować na uczelni na zastępstwo, a nocami dalej w knajpie. Nie miałam czasu na sztukę ani odpoczynek, ale to właśnie praca z ludźmi mocno pchnęła mój portugalski do przodu. Przełomem było jednak zamieszkanie z Portugalką, Sandrą, która mówiła do mnie wyłącznie po portugalsku.
OK, rozumiem, że obydwie pracowałyście tak naprawdę full time! Jak to łączyłyście z pracą artystyczną? Czy miałyście na to wtedy czas? Czy robiłyście coś równolegle, co było związane z waszymi studiami i z pasją?
KH: Na początku miałam oczywiście plany, że będę robiła portrety ludzi na ulicy i tak dalej, ale nic z tego nie wyszło, za duży stres. Oczywiście cały czas rysowałam, szkicowałam i planowałam projekty w głowie. Ale przez pierwszy rok czy dwa, kiedy pracowałam na pełny etat, to nie miałam w ogóle czasu, nie miałam nawet dostępu do żadnej pracowni! Czułam się, jakbym była w depresji, tak mi tego brakowało, że aż mi się płakać chciało cały czas. Ale w końcu z pomocą rodziców kupiłam sobie małą prasę za 200 euro i od razu mi się polepszyło (śmiech).
I wtedy, mimo pracy, starałam się cały czas coś robić – albo tworzyć nowe projekty, albo o nich myśleć, albo coś dokończyć. Robiłam, i nadal robię to bez przerwy, nawet w trakcie pracy. Ponieważ moja praca ma dość mechaniczny charakter, pozwala mi to uciekać myślami w zupełnie inne rejony.
Początki nie były jednak łatwe, głównie ze względu na ogromny stres związany z finansami. Brak pieniędzy oznaczałby przecież konieczność powrotu do Polski. Z tego powodu zawsze czułam silną presję, by pracować i mieć stabilną bazę finansową, która pozwoli mi na opłacenie rachunków. To poczucie bezpieczeństwa było i do dziś pozostaje dla mnie niezwykle ważne.
KH: Ale pytałaś mnie wcześniej o to, kiedy poczułam się częścią języka portugalskiego i tej kultury. Jeśli chodzi o mnie, to nawet mieszkając w Polsce, nie czułam się z nią związana na sto procent. Mam przeczucie, że nie należę do żadnego konkretnego miejsca, ale z drugiej strony wszędzie czuję się dobrze i odnajdę się w każdym miejscu.
Nie wydaje mi się też, żebym kiedykolwiek miała stać się w pełni Portugalką.
MB: No bo jesteś ze Śląska! (śmiech).
KH: Nie, no tak, ale chodzi mi o to, że nigdy nie czułam mocnej przynależności do żadnego zakątka świata. Jestem tak jakby wszędzie i nigdzie, trochę zawieszona nad ziemią. Dlatego myślę, że nigdy nie poczuję w stu procentach tej „portugalskiej duszy”.
Mimo wszystko widzę sporo podobieństw między Polakami a Portugalczykami. Jest ich naprawdę dużo.
Choćby narzekanie (śmiech).
KH: No bo trzeba ponarzekać, czemu tego nie robić?
To kiedy pojawił się Squid Ink Works w waszym życiu? Jak się tutaj znalazłyście?
KH: Ja pojawiłam się tutaj rok albo dwa lata po przeprowadzce. Miałam wystawę grafik dyplomowych w restauracji Nabos da Púcara. Dzisiaj tego miejsca już niestety nie ma przez gentryfikację, wszyscy padamy tu jej ofiarą.
Do tej restauracji często przychodziła Marina – właścicielka nowo otwartej wtedy restauracji Terraplana, pochodząca z Ukrainy, ale przez lata mieszkająca w Londynie. Marina skontaktowała się ze mną i zorganizowałyśmy u niej moją wystawę. Pewnego dnia do Terraplany przyszedł Andy Winn, założyciel Squid Ink Works, i wspomniał Marinie, że otwiera sklep. Ona od razu do mnie napisała: „Odezwij się do niego, pokaż mu swoje prace! Szuka artystów, żeby wystawić ich rzeczy”.
Byłam zachwycona, ale też strasznie się stresowałam. Moja głowa od razu podpowiadała: „Na pewno się nie uda”, bo kompletnie brakowało mi wtedy wiary w siebie.
Na początku działało to jako komis. Pracowałam wtedy jeszcze w innej restauracji, a Andy po prostu sprzedawał moje rzeczy u siebie i oddawał mi procent. Wtedy prowadził ten sklep z dziewczyną o imieniu Ana. Kiedy Ana zrezygnowała, Andy zaproponował mi i Marisie Grilo – która była tu ze mną od samego początku – żebyśmy weszły w to bardziej i zaczęły pracować na miejscu po parę dni w tygodniu. Wtedy musiałam odmówić, bo trzymała mnie jeszcze dzienna praca w restauracji.
Po jakimś czasie Andy postanowił jednak powiększyć zespół i zaoferował stałą współpracę większej grupie osób. Wtedy zeszliśmy się w szóstkę: ja, Andy, Felipe, Marisa, Evandro i Ana Hoo. I tak zostałam tu na stałe. Jestem w tym miejscu od samego początku, od 2018 roku – to już ładne osiem lat.
KH: Potem niektóre osoby odchodziły, przychodziły nowe, a w międzyczasie zmienił się też właściciel kamienicy. Dotychczasowi właściciele – Sharon i Howard, znajomi Andy’ego – sprzedali budynek Fundacji Lello.
Andy wyciągnął nas wtedy na drinka i mówi: „Mam dwie wiadomości”. Pierwsza była taka, że sam wyjeżdża. Żył tu z żoną, urodziła im się dwójka dzieci i ze względu na język oraz odległość od rodziny postanowił wrócić do Yorku w Anglii, skąd pochodzi. A druga wiadomość była taka, że Sharon i Howard sprzedają budynek.
Dla nas to był ogromny stres. Ten sklep to nie był tylko dochód. Przede wszystkim to było świetne miejsce, w którym mogłyśmy pokazać swoją pracę. Twoja sztuka nie leżała w szufladzie, tylko żyła.
Andy nas uspokajał: „Wszystko będzie dobrze, gadałem z Fundacją Lello, zostawią was tu i podpiszecie kontrakt, nie martwcie się”.
KH: Przyszedł do nas w końcu przedstawiciel fundacji. Dopytywałyśmy się, jak to będzie wyglądać, bo wolałyśmy umowę na trzy lata albo dłużej. On na to: „Lepiej podpiszcie na dwa lata, to będzie dla was korzystniejsze”. Nie miałyśmy mocnej pozycji negocjacyjnej, więc się zgodziłyśmy, ale z opcją stałego przedłużania.
Ten facet zapewniał nas, że zostaniemy tu na stałe. Opowiadał, że na dole ulicy, w starej kawiarni chcą zrobić wielką, immersyjną atrakcję turystyczną. Miała być oparta na motywie „Boskiej Komedii” Dantego – takie schody prowadzące przez różne poziomy piekła. A ta kawiarnia miało zostać wkomponowana w całą tę przestrzeń.
Przecież mówiłaś wcześniej, że w środku były te przepiękne mozaiki i ornamenty?
KH: Tak! Te zabytkowe dekoracje były nawet wpisane na listę UNESCO. On twierdził, że to w niczym nie przeszkadza – wręcz przeciwnie, włączą ten wystrój w całą atrakcję i powstanie z tego coś niesamowitego.
(W rzeczywistości ten budynek zburzono, a Fundacja Lello wykupiła dodatkowe budynki na tej ulicy, łącznie z meczetem.- dopisek red.)
A jak było z tobą, Marta?
MB: Do Squida weszłam dopiero wtedy, gdy Andy odszedł. Weszłam dokładnie w jego miejsce.
A co cię przyciągnęło?
MB: Kasia (śmiech) i potrzeba zarobku. Byłam w trakcie doktoratu, moje stypendium się już skończyło, uczyłam tylko jednego przedmiotu na uczelni, sita i wypukłodruku i zwyczajnie nie miałam z czego żyć. Musiałam dorabiać w restauracji. Kasia dała mi znać, że Andy zwalnia miejsce.

Co prawda Squid zimą zamiera i nie ma z tego wielkich pieniędzy, ale to daje ogromną swobodę. Możesz tu siedzieć, tworzyć, atmosfera jest bezstresowa, a przy okazji poznaje się niesamowitych ludzi z całego świata. Te spotkania to dla mnie ogromna wartość.
No i chyba też łapałaś tu natchnienie? Kiedy otaczasz się pracami innych osób z kolektywu, to chyba działa inspirująco.
MB: Jasne! To bardzo nakręca do pracy. Ja osobiście najbardziej lubię rzeczy od Kasi! (śmiech).
Wróćmy może na chwile do tematu, który już poruszyłyśmy, do tematu gentryfikacji i waszej obecnej sytuacji w Squidzie.
KH: Po dwóch latach dostaliśmy od nich pismo, że umowa wygasła, kończą z nami współpracę i mamy się pakować. Na szczęście pomógł nam zaprzyjaźniony adwokat, który świetnie zna się na prawie lokatorskim. Przejrzał dokumenty i wyjaśnił nam, że ich działanie jest nielegalne. Według przepisów taka umowa z automatu musi trwać co najmniej pięć lat. Dzięki temu zyskaliśmy prawo do pozostania w lokalu jeszcze przez parę lat.
Czyli sytuacja jest pod kontrolą (śmiech).
KH: Dokładnie. Ten dwuletni kontrakt minął, więc formalnie jedziemy bez nowej umowy, ale co miesiąc regularnie płacimy czynsz. Działamy tu dalej i zobaczymy, jak długo to potrwa. W razie czego jesteśmy gotowe do obrony prawnej.
Rozumiem, ale mimo wszystko szukacie już nowej przestrzeni?
KH: Tak, oczywiście. Mamy świadomość sytuacji i równolegle rozglądamy się za nowym miejscem.
MB: Przeprowadzka jest nieunikniona, bo cała ulica zamienia się powoli w typową atrakcję dla turystów.
KH: Tak, choć bywają też zabawne akcenty. Przychodzi tu na przykład pewien przewodnik, który bez ogródek krytykuje gentryfikację. Podczas oprowadzania krzyczy na turystów (śmiech) i dyktuje im, dokąd nie wolno im chodzić. Zamiast prowadzić ich do TimeOut Market, zabiera ich do baru Portista, gdzie wino kosztuje sześćdziesiąt centów. To wspiera lokalnych przedsiębiorców.
Bardzo dużo tradycyjnych restauracji po prostu się zamknęło. Właściciele dostawali od inwestorów ogromne sumy i się zgadzali. Jeśli ktoś jest w trudnej sytuacji albo ma już swoje lata i po prostu nie ma siły pracować, taka propozycja jest nie do odrzucenia. Ludzie często nie zastanawiają się, co stanie się z miastem po ich odejściu. Efekt jest taki, że centrum, czy Ribeira są pełne lokali z czynszami od trzech tysięcy euro w górę.
A jak z waszej perspektywy zmienia się Porto pod wpływem turystyki i jak reagują na to ludzie, którzy do Was przychodzą?
KH: Wiesz, Andy przeniósł ten pomysł z Anglii. Mówił mi, że tam to tak działa: dzieli się przestrzeń na mniejsze części, każdy płaci za swój kawałek, a to, co zarobisz ze swojej sztuki, jest twoje. Prowadził warsztaty i miał świadomość, że ten biznes musi być otwarty na turystów.
Turyści nie są przecież sami w sobie problemem, czy plagą. My same wyjeżdżamy i bywamy turystkami w innych miejscach. Bardzo się cieszymy, kiedy ludzie do nas przychodzą. Martwi nas tylko to, co wielkie korporacje robią z tym miastem.
Kiedy tutaj przyjechałam, Porto wydawało mi się niemal końcem świata, niesamowitym połączeniem Europy z Ameryką Łacińską. Wszędzie działały małe sklepy ezoteryczne, czuć było klimat realizmu magicznego. Z czasem osoby z wielkim kapitałem zauważyły okazję do biznesu i niestety zaczęły to wszystko ujednolicać.
Odwiedzający nas ludzie często mówią: „Wow, w końcu znaleźliśmy jakąś perełkę!” Idą wcześniej przez główne ulice i nie mogą trafić na nic oryginalnego. Wszystkie pamiątki są identyczne.

Opowiedzcie o zmianach w mieście, które się działy na waszych oczach przez te lata. Co was zaskoczyło?
MB: Przyleciałyśmy na Erasmusa w 2014 roku – to już dwanaście lat temu! Porto było wtedy dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Mieszkałyśmy na Bonfim, które miało niesamowity czar. Na każdej ulicy stały opuszczone budynki, ale czuć było w tym wszystkim ogromny luz – nic nie musiało być dopięte na ostatni guzik.
Najbardziej zachwyciły mnie stare, nieodnowione kawiarnie. Paskudne tak bardzo, że aż piękne! Ze starymi lodówkami, tradycyjnymi kafelkami i oszałamiająco niskimi cenami – kawa z bułką z masłem kosztowała dosłownie jedno euro. W Polsce w życiu nie poszłabym do knajpy na zwykłą bułkę z masłem, uważałabym, że przepłacam. A tu wyjście do lokalnego baru było naturalną częścią dnia.
Zaskoczyło nas też podejście ludzi. W Polsce nasza generacja miała straszne parcie: skończyć studia, iść do pracy, kupić auto, wziąć kredyt i założyć rodzinę. Przeniosłyśmy się tutaj i u lokalnych ludzi zobaczyłyśmy zupełnie inny klimat. Nikt nie myślał o kupowaniu mieszkań, wszyscy żyli od wypłaty do wypłaty, bez tego polskiego pędu. Całe dni spędzało się w knajpkach na powolnych rozmowach. To było niesamowite – takie czyste życie dla samego życia i cieszenie się danym momentem.
Z czasem to się oczywiście bardzo zmieniło, to Porto sprzed lat miało zupełnie inny rytm niż dzisiaj.
KH: No mnie się też bardzo podobało, że to życie socjalne tutaj w Porto nie jest oferowane tylko młodym ludziom. Ludzie w każdym wieku spotykają się na placach i w kawiarniach. Nie siedzą w domu jak w Polsce.
MB: A, i jeszcze jedna rzecz, która na początku kompletnie mnie zszokowała! To był nasz pierwszy tydzień w Porto. Jeździłyśmy wtedy autobusem i nagle patrzę, a tam wszyscy ze sobą rozmawiają. Pomyślałam sobie: „Jezus, oni wszyscy się znają czy o co chodzi?!”.(śmiech)
Okazało się, że wcale się nie znają. Z czasem sama to zrozumiałam. Ludzie po prostu naturalnie nawiązują tu ze sobą kontakt, ucinają sobie pogawędki z nieznajomymi.
Druga rzecz, która była dla mnie potwornie trudna do zaakceptowania i nauki – chociaż teraz widzę, że to w sumie urocze – to chodzenie do sklepów. Stoisz w kolejce po dosłownie dwie rzeczy, a przed tobą ekspedientka rozmawia z klientką: „A co tam u pani? A jak tam noga?”. I tak stoisz pół godziny, bo nikt się nigdzie nie spieszy.

A jak porównałybyście podejście do życia tutaj i w Polsce?
MB: Różnicę widać chociażby na uczelni. Sam budynek jest w bardzo złej kondycji – wciąż go remontują, a na materiały zwyczajnie nie ma pieniędzy. Jest po prostu biedniej, więc musimy na bieżąco kombinować i szukać rozwiązań, które zastąpią to, czego nie możemy kupić.
Ale ograniczenia rodzą kreatywność…
MB: Dokładnie! I to przekłada się nie tylko na samą uczelnię, ale w ogóle na podejście ludzi do świata. Portugalczycy bardzo pielęgnują stare rzeczy. Mają niezwykły szacunek do tradycji, naturalnych materiałów i dobrego jedzenia. Nie mają w sobie tej bezmyślnej potrzeby gonić za Europą i robić wszystkiego na wysoki, sterylny połysk – po części właśnie dlatego, że brakuje tu kapitału.
W Polsce przy remoncie wyrzuca się zazwyczaj wszystko do zera i kupuje nowe. Tutaj tak to nie działa. Jasne, okrutnie teraz generalizuję, ale naprawdę czuć, że w Portugalii istnieje wciąż bardzo silny, autentyczny związek z przeszłością i własną kulturą.
Podzielcie się swoją perspektywą na tworzenie sztuki w Porto lub ogólnie w Portugalii? Jak żyje się Wam tutaj jako kobietom artystkom?
KH: Szczerze mówiąc, czuję się trochę poza tym głównym światkiem artystycznym. Żeby w nim tkwić, trzeba mieć świetny PR, umieć się przebić i po prostu chcieć w tym uczestniczyć. To nigdy nie był mój cel. Zauważam jednak – jak chyba na całym świecie – że na dużych wystawach zbiorczych czy w głównym obiegu wciąż przeważają mężczyźni. Co ciekawe, na akademiach sztuk pięknych, zarówno w Katowicach, jak i tutaj w Porto, większość studentów to dziewczyny. A potem profesorami i tak zostają głównie faceci.
MB: Pytanie też, jak definiujemy ten „świat sztuki”. Jeśli chodzi o projekty czy decyzje w zespołach, bywa tak, że mężczyźni lubią mieć ostatnie słowo, czego bardzo nie lubię i co bywa niefair. Ale ten wielki, komercyjny świat sztuki współczesnej jest po prostu bardzo drenujący i trudny. Wolę wkładać energię w coś autentycznego.
Z drugiej strony, jeśli spojrzeć na grafikę warsztatową – czyli dziedzinę najbliższą mojemu sercu, którą też wykładam na uczelni – sytuacja wygląda inaczej. W Portugalii grafikę warsztatową tworzą i wykładają w większości kobiety: Graciela Machado, Joana Pereira, Manuela Cristóvão, Célia Bragança, Ana João Romana i ja. W moim codziennym środowisku zupełnie nie odczuwam dyskryminacji ze względu na płeć.
A macie jeszcze jakiś kontakt ze środowiskiem artystycznym w Polsce?
MB: Tak, głównie przez uczelnię. Nie jest to stały kontakt, ale przy okazji różnych wydarzeń współpracujemy. Niedawno brałyśmy obie udział w wielkiej, międzynarodowej wystawie grafiki Frontispiece Precipice w Fundacji Marquês da Silva w Porto. Przyjechał na nią nasz kolega Kamil Kocurek z Polski, z którym studiowałyśmy kilkanaście lat temu, było to przepiękne spotkanie po latach.
Kilka lat temu pomagałam też w organizacji warsztatów wraz z panią profesor Graciela Machado w naszej ASP w Katowicach. Wcześniej moja profesor z wypukłodruku Sybilla Skałuba razem z asystentką Izą Łęską przyleciały na warsztaty. Więc te relacje – głównie z ludźmi z akademii – cały czas gdzieś w tle żyją.
Jak wygląda w Portugalii znajomość polskiej sztuki? Czy Portugalczycy kojarzą polskich twórców?
MB: Ludzie związani ze sztuką na pewno kojarzą najważniejsze nazwiska. Pamiętam okres studiów na tutejszej akademii, miałyśmy wtedy fantastyczne zajęcia z performansu u Paula Almeidy. W Polsce podejście do performansu było bardzo akademickie, a tu z dnia na dzień zjeżdżałyśmy na arkuszach papieru po schodach! To nam strasznie otworzyło głowy i pomogło mi potem w dyplomie. Paulo dużo opowiadał nam wtedy o polskich artystach performansu i sztuce krytycznej.
KH: Jeśli chodzi o powszechną znajomość: klasyków teatru, jak Grotowski czy Kantor, znają doskonale, bo to wielkie marki na świecie. Z artystów wizualnych przewijają się: Mirosław Bałka, Roman Opałka i Krzysztof Wodiczko, a z literatury – chociażby Olga Tokarczuk, którą czyta wielu naszych znajomych.
Natomiast przeciętny człowiek, który nie siedzi w tym świecie na co dzień, rzadko kojarzy nazwiska – niezależnie od tego, czy chodzi o artystę z Polski, czy z innego kraju.
MB: Miejsca takie jak nasz Squid pomagają przełamywać te bariery. Kiedy klienci kupują u nas prace, często pytają, kto je zrobił. Wtedy pojawia się okazja do rozmowy, opowiedzenia o sobie, o Polsce. W ten sposób budujemy bardzo bezpośrednią, osobistą relację z ludźmi z całego świata.

Rozmowy na skraju Europy to seria kameralnych spotkań z Polakami i Polkami, którzy wybrali Portugalię na swój nowy dom. Mówi się, że tu się przyjeżdża na chwilę, a zostaje na zawsze – nas jednak interesuje to, co wydarza się pomiędzy pierwszym zachwytem a prozą dnia następnego. Zaglądamy za kulisy widoków rodem z pocztówek i broszur turystycznych. Pytamy o zderzenia z lokalną kulturą, naukę języka, wyboiste ścieżki asymilacji oraz cichą sztukę zachowania własnej tożsamości.
To przestrzeń do rozmowy o słodko-gorzkiej rzeczywistości związanej z przeprowadzką – o radzeniu sobie ze zmianami, gentryfikacją, wyzwaniach zawodowych i poszukiwaniu spokoju. Przede wszystkim zaś – o tym, jak emigracja powoli i nieodwracalnie zmienia nasze postrzeganie ludzi oraz pojęć takich jak dom, wolność i czas.